[Wpis opublikowałam 2 lata temu na Facebooku, ale wiem, że nie każdemu się on wyświetla mimo publicznych ustawień posta. Trudno się czyta o sobie z lat – nazwijmy rzeczy po imieniu – choroby psychicznej, ale myślę sobie, że jeśli stałam w jakiejś kolejce do talentów od bozi, to właśnie do spisywania swoich doświadczeń i przeżyć i chyba nieprzyzwoite byłoby, żeby nie dać innym tego świadectwa]
Nad napisaniem tego zastanawiałam się naprawdę długo, i w tym wypadku to znaczy: OD LAT.
I ostrzegam.
To będzie największy ekshibicjonizm, jakiego w życiu dokonałam w Internecie. Czuję się trochę tak, jak gdybym miała Wam wszystkim pokazać dupę. Ale myślę sobie, że chociaż już nie żyję w “tej” bańce, to jednak to co napiszę, potencjalnie może komuś pomóc, może jakiejś takiej mnie z 2010 roku. Jednocześnie mam poczucie, że opisuję jakieś odrębne istnienie, a nie swoją własną historię, co po psychologicznemu nazywa się chyba przepracowaniem, po mojemu po prostu dużym dystansem do tego, co się wydarzyło. A gdybym na przykład nagle straciła pamięć, to byłoby szkoda, gdyby ta opowieść już nigdy nie ujrzała światła dziennego.
Oczywiście poniedziałek rano to nie jest najlepszy czas antenowy, żeby wrzucać ludziom na twarz ścianę (ciężkiego) tekstu, ale jeśli się wstrzymam jeszcze trochę, to może się znowu z tego zrobi kilka lat?
Opiszę Wam teraz w telegraficznym skrócie tak z dekadę mojego życia.
Ale od początku.
Nie wiem, kiedy to się wszystko zaczęło, być może od “bilansu trzecioklasisty” w szkole, kiedy po raz pierwszy ktoś dorosły negatywnie skomentował moją wagę, której do tej pory w ogóle świadomie nie rejestrowałam. Może wtedy, kiedy w podstawówce chłopaki z równoległej klasy zaczęli wołać na mnie “pulpet”, mimo że nigdy nie byłam otyła. Nie wiem, nie ma to większego znaczenia. Przeskoczmy o kilkanaście lat do przodu, kiedy jakimś cudem wygłodziłam się do BMI 14.5.
I odkryłam bieganie, które pozwoliło mi zjadać o te 200 kalorii dziennie więcej.
Gdyby ktoś mnie wtedy zapisał na bieg 24- albo 48-godzinny i powiedział, że przez cały czas trwania zawodów mogę bezkarnie jeść czekoladę na punktach żywieniowych, jestem pewna jak niczego innego na świecie, że ja bym ten bieg ukończyła, a i pewnie z niezłym wynikiem.
To dlatego już w pierwszym sezonie mojego treningu przyjął mnie do grupy trener kadry długodystansowców i nawet po wielu latach od zakończenia tej współpracy pytał o mnie i zabiegał o mój powrót. Nie dlatego, że miałam takie świetne życiówki, ale ze względu na moje, jak to sam nazywał, “możliwości wolicjonalne”.
To dlatego byłam w stanie ukończyć zawody ze złamaniem zmęczeniowym; pójść na trening biegowy, a prosto po nim na SOR; zrobić niezły trening progowy z półpaścem; biegać po 100 km tygodniowo, mimo że jeszcze rok wcześniej nie miałam nic wspólnego ze sportem.
To dlatego byłam i jestem zawsze świetnym pracownikiem. Choćby deadline’y były nieprzyzwoicie ciasne, a zadanie o wątpliwym sensie, wystarczy że w nie uwierzę, a zrobię je choćby nie wiem co.
(I też dlatego NIGDY nie potraktuję sportu z udziałem psa choćby w połowie tak poważnie, jak sportu własnego – bo nie jestem kurwa pojebana, żeby to robić swojemu zwierzęciu).
BMI 14.5.
Czy zdawałam sobie sprawę z tego, że to jest samobójstwo na raty?
ZDECYDOWANIE TAK!
Wiedziałam, że moje organy mogą się po prostu wyłączyć, a serce może przestać bić bez ostrzeżenia.
Nie mogłam z tym jednak nic zrobić. Moja silna wola była silniejsza ode mnie, od rozumu i od ciała.
Dziewczyny z klubu, w którym trenowałam z psem, potrafiły mi powiedzieć, że “wyglądam jakbym się rozkładała”. Zaglądać mi do kawy, żeby zobaczyć, czy jest z mlekiem, i pytać mnie, czy jest bez mleka ze względu na kalorie. Dzięki nim otworzyły mi się oczy – przecież zależało mi na ich opinii, więc zaczęłam porządnie jeść i wyzdrowiałam!
Żartuję.
Odeszłam z klubu, przestałam trenować z psem.
Miałam naprawdę wyjebane na to, czy podobam się innym ludziom, czy nie.
I tu od razu drobna uwaga. Wiem, że teraz są inne czasy, ale body shaming ma się wciąż świetnie. Wiem, że koleżanki chciały dobrze. Ale ja wtedy jedyne czego chciałam, to akceptacji. Mnie jako człowieka, a nie jako właścicielki ciała. Wiem, że ciężko się patrzy na osobę, która może zaraz umrzeć, wiem że myślały, że ja tak na własne życzenie. Jednak jedyne co osiągnęły to to, że poczułam się jeszcze bardziej odrzucona i samotna niż wcześniej.
Ja naprawdę nie robiłam tego dlatego, żeby ubrania wyglądały na mnie lepiej.
Ani dlatego, że tak było “modnie”.
Do dzisiaj jednak nie potrafię opisać tej chorej satysfakcji, którą poczułam wtedy, gdy siedząc na zajęciach na uniwersytecie dotknęłam swojego boku, a tam zamiast fałdek i boczków były żebra i skóra.
Nie potrafię, choć pamiętam to do dzisiaj.
Satysfakcja, kontrola, silna wola – też już zwróciliście na to uwagę? Absolutnie typowe dla tego typu zaburzeń. Oczywiście, tu też to wybrzmiewa. Niech wybrzmi więc też to, że nie jest nic, z czego warto być dumnym. Nie chciałam tego robić, ale nie mogłam tego nie zrobić, byłam w więzieniu o zaostrzonym rygorze, którego strażnikiem byłam ja sama. To już dawno nie zależało ode mnie. Czy to się w ogóle da wytłumaczyć?
Chudnięcie przychodziło mi z łatwością. Gdy zobaczyłam na wadze 45 kg (mam 176 cm wzrostu), to wiedziałam, że zapędzam się w kozi róg, że nie potrzebuję już przecież ważyć mniej, ale że to co się stało, nie powinno już się odstać. Że to jest droga w jedną stronę. Nie mogę przecież PRZYTYĆ. Byłoby to dla mnie jednoznaczne z życiową porażką, pierwszym krokiem do (nomen omen) stoczenia się.
Pobiegłam poniżej 40 min na 10 km, złamałam 20 min na 5 km. Byłam już na maksa “wkręcona”, kiedy skontuzjowałam się biegowo. I myślałam, że świat się skończył. Nie potrafię nawet opisać rozpaczy, w jaką wpadłam natychmiast, gdy odebrano mi możliwość codziennego biegania. Naprawdę, nie znam człowieka, który byłby bardziej pierdolnięty niż ja wtedy (i to nawet jak oglądam Instagrama, chociaż tam mam swoje typy). Wiem, że to są ostre słowa, ale serio, nie widzieliście mnie wtedy, więc uwierzcie mi na słowo, że byłam w równoległej rzeczywistości.
I uwierzcie mi też, że wbrew temu co mówią media, zamiana picia albo ćpania na obsesyjne bieganie albo triathlony to nie jest “sukces, zwycięstwo i zmiana stylu życia na zdrowy”. To jest przejście z jednego uzależnienia w drugie, produkujące te same substancje chemiczne w mózgu, uderzające po Twoim zdrowiu fizycznym i psychicznym, życiu społecznym i rodzinnym, a do tego nawet niekoniecznie tańsze, bo zamiast dilerowi, płacisz producentom butów i gadżetów.
To taka uwaga bardziej ogólna, a teraz wróćmy do mnie, bo działy się dalej straszne rzeczy, nawet jak nie mogłam już biegać.
Oczywiście nie byłam w stanie usiedzieć w miejscu, więc zaczęłam jeździć na rowerze po 100 km dziennie. Zmęczona, wykończona niespaniem, zasypiałam na rowerze – nie przysypiałam, tylko zasypiałam i zaczynało mi się coś śnić. Wsiadałam na trenażer na 3h dziennie, potem dobijałam się ćwiczeniami siłowymi, a po wszystkim jadłam surówkę z jabłka i marchewki. Trening nie sprawiał mi przyjemności, nie było w nim absolutnie żadnego celu sportowego. Ale nie było też możliwości, żeby się przed nim powstrzymać. Siedziałam na łóżku w sypialni, wkładając spodnie rowerowe, i wyłam rozpaczliwie.
Wielokrotnie jechałam sobie rowerem ulicą Sobieskiego w Warszawie i myślałam sobie, że tu jest przecież szpital, do którego muszą bezwzględnie mnie przyjąć, skoro moje BMI jest poniżej 15. Wystarczy tylko się zgłosić. Nie mam już siły, żeby tak walczyć. Ale nigdy tego nie zrobiłam.
No dobrze, więc zapytacie, jakim cudem się nie wykończyłam?
To jest chyba ta najmniej edukacyjna część tego wpisu, bo brzmi jak fabuła jakiegoś głupawego filmu.
Otóż po wielu miesiącach trwania kontuzji uniemożliwiającej mi bieganie, powodującej uporczywe kuśtykanie na jedną nogę, szłam sobie rano z psem po Rezerwacie Jeziorka Czerniakowskiego. Minęłam na ścieżce biegaczkę ze cztery razy szerszą niż ja wówczas, czyli pewnie o prawidłowej wadze. I pomyślałam sobie: dobra, już wolę być gruba i móc biegać niż być chuda i nie móc.
Moje ciało jak gdyby tylko czekało na ten komunikat. Rozpoczęło działania ratunkowe właściwie bez mojego udziału. Brzmi już jak happy end? O kurwa, bynajmniej. Gdybym wtedy wiedziała, ile lat straszliwej walki jeszcze przede mną… Nie chcę pisać nic więcej, Facebook mógłby ocenzurować i zdjąć ten wpis. W każdym razie cieszę się, że tu jestem i dalej cieszę się życiem.
No więc, jak już być może się spodziewacie, tu znów powinnam dać trigger warning. Moje ciało stwierdziło bowiem, że cała naprzód i trzeba wysłać (ha ha, kurwa) posiłki. Takie na przykład od 18 do 3 w nocy bez przerwy. Potrafiłam opierdolić całą lodówkę – nie żartuję, do dziś pamiętam ten dźwięk przypominający o zamknięciu drzwi lodówki, jak gdyby już sam sprzęt agd chciał mi powiedzieć, że wystarczy. Szłam spać dopiero wtedy, gdy miałam wrażenie, że jak się nie położę, to rozsadzi mi wnętrzności. W jednym posiedzeniu z pewnością zjadałam więcej kalorii niż wynosiło moje dzienne zapotrzebowanie.
To ten moment, kiedy pokazuję wszystkim dupę w Internecie: w dwa miesiące przywaliłam ponad 35 kg, czyli o wiele ponad połowę swojej masy ciała. Myślę, że nie trzeba być fizjologiem, żeby się tym przerazić. Oczywiście mój umysł tego w ogóle nie ogarnął, bo kto by zdążył w takim czasie? Bardzo byłam zaskoczona, kiedy na przykład stanęłam na półkę w domu, na którą zwykłam stawać sięgając po czapkę, a półka się pode mną zarwała. Na zajęcia na uniwersytet zakładałam ciuchy oversize, rozpuszczałam włosy i miałam nadzieję, że nikt się nie skuma. Ogólnie to propsy, że w ogóle mnie rozpoznali, a jeszcze większe, że zarówno prowadzący, jak i moja grupa zajęciowa rzeczywiście udawali, że się nie skumali (serio się wzruszam, jak o tym teraz myślę).
Teraz wciśnijmy fast forward i szybciorem przejdźmy do kilku lat później, gdy po latach przerwy od sportu zaczęłam startować w triathlonie.
Piękny sport, z piękną normalizacją zaburzeń odżywiania. Byłam wśród swoich. Tu nie było dziwne gadanie o kaloryczności serka wiejskiego, schodzenie po kilka kilogramów przed ważnymi zawodami (“wytop”) i głodzenie się, bo “masa nie biega”. Łatwo się domyślić, że przez te wszystkie lata kwestia tego, co wyświetla mi się na ekranie wagi łazienkowej, nie przestała być na tapecie. Cyferki były wciąż za wysokie. Trenowałam jak wściekła, torturowałam swoje ciało, obsesyjnie myślałam o tym, co mogę zjeść przed treningiem, co po nim, a co w międzyczasie. Ile godzin przed, ile białka, chleb taki czy inny. Cały czas myślałam o jedzeniu, wtedy nazywając to jednak sportem wyczynowym, a nie chorobą psychiczną. Cały czas myślałam też o tym, że się ośmieszam, bo nie wyglądałam tak, jak moje koleżanki z linii startu, zwłaszcza gdy startowałam w kategorii pro. Byłam przekonana, że muszę być smutnym, żenującym widowiskiem. Niektórzy mówili mi wprost, “wracaj do amatorów, tam gdzie twoje miejsce” (co ciekawe, słyszałam to tylko od amatorów, innym PROsom w ogóle nie przeszkadzałam). Teraz wiem, że to było bardziej o nich, niż o mnie. Ale wtedy byłam pewna, że musieli powstrzymywać się przed tym, żeby na końcu nie dodać “…grubasie”. Swoją drogą, teraz, po latach, jestem ciekawa, już bez dziwnych dopowiedzeń własnych, jak byłam wtedy postrzegana.
Próbowałam korzystać z pomocy dietetyków sportowych, bardzo zresztą znanych. Jeden zaprotestował, gdy usłyszał, do jakiej wagi planuję dojść. Chciał dobrze, ale nie dał rady. Dietetyczka specjalizująca się w pracy z osobami z zaburzeniami odżywiania, na moją wiadomość, że między rozpisanymi przez nią posiłkami chodzę bardzo głodna, aż mi słabo, odpisała mi: wytrzymaj, przecież ci zależy.
Nie wiem, czy mogła mi powiedzieć cokolwiek gorszego w tej sytuacji. Pamiętam, gdzie byłam i co robiłam, jak otrzymałam tę wiadomość, i pamiętam, że nie padłam na podłogę z rykiem tylko dlatego, że to było miejsce publiczne. Byłam przekonana, że jestem beznadziejnym przypadkiem. I oczywiście że nie mogę przestać trenować, bo przecież gdybym przestała, to moja waga wystrzeliłaby do góry i już nigdy by się nie zatrzymała. Może mi nie zależało? Może już nie byłam tą Joanną, która ma silną wolę? Może to, że sport jest moim życiem, to było tylko gadanie pod publikę? Dlaczego inaczej nie udałoby mi się schudnąć do “wagi startowej”, skoro innym się udaje?
Nie jeździłam na zawody, na które chciałam pojechać, bo nie miałam odpowiedniej wagi, więc nie byłam tego warta. Obiecywałam sobie, co sobie dam w nagrodę, gdy schudnę.
Jeśli gdzieś w toku tego wpisu przyszło Wam do głowy słowo “depresja”, i że może nie do tych specjalistów się dotychczas kierowałam, to wiedzcie, że oficjalnie nie wolno było mi mieć depresji. Słyszałam wtedy, że sportowcy nie mają depresji. W odpowiedzi przychodziło mi do głowy tylko jedno: że w takim razie nie jestem sportowcem.
Tylko pośmiewiskiem.
Dopiero po latach sobie uświadomiłam, że to może nie było do końca normalne, że w drodze z zawodów, całkiem radosnych i udanych, oglądałam sobie podręcznik pierwszej pomocy medycznej dla lekarzy, ale nie dlatego, że interesowała mnie pierwsza pomoc, tylko dlatego, że ładnie tam opisali, jak się zawiązuje sznury wisielcze, a wiedziałam, że na pewno prędzej czy później mi się to przyda. Chyba nawet zdjęcia sobie telefonem zrobiłam, żeby mi nie umknęło.
Nigdy nie udało mi się przełożyć na zawody tego, co robiłam sobie na treningu. Dlaczego? Bo na treningu potrafiłam się zajebać, zgnębić jak najgorszego wroga, w obrzydliwy, autoagresywny sposób. Na zawodach było na to zbyt radośnie, grała muzyka, kibice bili brawo. Nie zabija się przecież w takich okolicznościach.
Teraz znowu fast forward o kilka lat. Kontekst w miarę stały, to znaczy nakurwiam codziennie triathlonowe salto, żeby mieć jakąkolwiek wartość w swoich własnych oczach. A cyferek na wadze ciągle za dużo. W sezonie startów dzieje się też za dużo. Starty zaskakująco udane, ale wokół startów jest nieciekawie. Wychodzę z domu do sklepu i przed windą muszę zawrócić, bo wpadam w płacz taki, że nie dam rady iść dalej. Śpię po kilka godzin w ciągu dnia, budzę się na chwilę i idę spać dalej. Dostaję ataków potwornej histerii, myśląc o tym, że mój pies Smok kiedyś umrze – takiej, że mam poczucie, że nigdy nie przestanę płakać. Dostaję potwornej reakcji alergicznej na lek, z tą reakcją startuję w zawodach na dystansie olimpijskim, zgarniam drugie miejsce, wracam do domu, dostaję anginy ropnej.
Tak jakoś dożywam do końca sezonu i z myślą o rozpoczęciu kolejnego wsiadam na trenażer. Robię trening życia, zsiadam z roweru i ryczę. I tak ileś razy, aż następuje totalny zonk: noga po prostu przestaje podawać.
Walczyłam do końca. Nie byłam w stanie kręcić dalej, po prostu stało się to fizycznie niemożliwe. Zsiadłam z roweru, napisałam do trenera. Trener odpisał, żeby dać sobie na luz, zdjął mi z aplikacji plan treningowy; chyba wiedział więcej o tym, co się dzieje, niż ja sama. Nie wiedziałam jeszcze, że moja przygoda z triathlonem właśnie się zakończyła. Rozpoczęły się za to dwa lata farmakologicznego leczenia depresji (nie można było zacząć 10 lat wcześniej?), a po drodze wiele wzlotów i upadków. Było parę doświadczeń życiowych, których nie życzyłabym najgorszemu wrogowi. W międzyczasie próbowałam terapii, niestety aż trzy próby były kompletnie nieudane. Przy czwartej trafiłam wreszcie cudownie. W ogóle nie rozmawiałyśmy o kwestiach związanych z wagą czy ciałem w ogóle, a ja czułam, że relacja między mną duchową a mną cielesną się poprawia. Dosłownie chwilę wcześniej poznałam takiego typa, co w sumie chyba od razu przypuszczałam, że będzie moim mężem. Długo by gadać, ale mąż mi się trafił taki, przy którym się czuję całkowicie, bezgranicznie akceptowana – tak było, gdy go poznałam, ważąc 15 kg więcej, tak jest i teraz.
15 kg więcej niż teraz? No, tak około. Sporo czasu zajęło mojemu ciału zauważenie, że już nie musi walczyć o przeżycie, wtedy waga zaczęła sobie powoli spadać. Oczywiście nie mieściło mi się w głowie to, że dzieje się to tak po prostu, bez żadnej pracy z mojej strony. Przebadałam się wzdłuż i wszerz, przerażona, że może niepostrzeżenie umieram na raka albo dolega mi coś innego poważnego, bo przecież to “niesprawiedliwe” żeby po latach dostać to, o co walczyłam jak szalona, tylko że już zupełnie za darmo i wtedy, kiedy nie jest mi to do niczego potrzebne. Trzeba mi było całkiem rzucić trening, wyjść zupełnie z tego środowiska, uwierzyć w to, że mogę być na maksa kochana i akceptowana; nie ja, która zrobiła nową życiówkę, nie ja, która schudła parę kilo, w ogóle nie ja, która cokolwiek musi osiągać, żeby zasłużyć: na akceptację, na miłe rzeczy w życiu, na czekoladę.
Kiedyś robiłam sobie masę zdjęć i z większości byłam niezadowolona. Udawało mi się zwykle wybrać jakieś jedno, wyretuszować, powiększając sobie oczy albo zmniejszając udo, i wrzucić do Internetu. Dziś nie mam w ogóle potrzeby szukania akceptacji na zewnątrz, bo znalazłam ją w sobie. Nie przychodzi mi do głowy cokolwiek zmieniać w swoich zdjęciach, jeśli już jakieś publikuję. Nie pamiętam, kiedy ostatnio nałożyłam na twarz jakikolwiek makijaż.
Jest rok 2024, a ja od jakiegoś czasu (od lat!) naprawdę siebie lubię i szanuję. W ogóle nie myślę o sobie źle i dzięki temu mam zasoby, żeby myśleć dobrze o innych – ściska mnie w brzuchu, jak ktoś przy mnie poniża siebie samego. Gdyby ktoś mi pozwolił wybrać jakąś część mojego ciała do zmiany, to bym w ogóle z tego nie skorzystała, szkoda by mi było w ogóle czasu na rozmyślanie na ten temat.
To moje ciało umie, cholera, takie rzeczy! Umiało aktywnie pomóc mi przeżyć najgorsze chwile. Umiało przetrwać to, co przez lata mu bezlitośnie fundowałam. Z łatwością wstaje o świcie i pozwala mi korzystać w pełni z każdego dnia. Jak mi się zachce wystartować w zawodach sportowych, to da z siebie ile może i jeszcze mnie znienacka na podium zaprowadzi. Doceniam to codziennie i moim największym pragnieniem w życiu nie są pieniądze, sława ani kariera, ale to, żebym mogła w zdrowiu dalej robić rzeczy, które kocham.
Piszę to wszystko dlatego, że zdaję sobie sprawę, że może być mnóstwo dziewczyn, które przeżywają coś podobnego, co ja lata temu.
Wiem, że większość z nas, zwłaszcza kobiet, ma na sobie ogromną presję związaną z obsesją piękna.
Nie będę pisać żadnych farmazonów w stylu “wszystkie jesteśmy piękne” albo “liczy się wnętrze”, bo to byłoby tylko desperacką próbą niepoddawania się temu, czym bombarduje nas współczesny świat, do tego wciąż pozostałybyśmy wtedy w narracji takiej, że piękno jest ważne i trzeba go poszukiwać. Czy ktoś kiedykolwiek na frazes “Ty też jesteś piękna!” pomyślał “No tak, rzeczywiście, jestem, dzięki koleżanko, już mi lepiej!”? Chyba już prędzej odwrotnie.
Powiem ze swojego doświadczenia, jak widać srogo pochrzanionego, że w ogóle Ciebie, kobieto która to czytasz, nie rozpatruję w kontekście wagi czy rozmiaru. Trudno w to uwierzyć, patrząc na opisaną przeze mnie historię, ale serio tak jest. Ostatnio znowu więcej siedzę na Instagramie i bardzo często trafiam na babki, które uważam, że są prześliczne i pamiętam ich twarze, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak one się mają do standardów szczupłości. W ogóle się nie zastanawiam, co takiego Ci może wyświetlać waga, być może dlatego, że nie ma dla mnie już znaczenia, jak to się ma do mojej. Jeśli długo się nie widziałyśmy, a w międzyczasie znacznie straciłaś albo przybrałaś na wadze, to oczywiście zarejestruję to, bo nie jestem ślepa, ale w ogóle nie powiążę tego z Twoim poziomem satysfakcji czy szczęścia w życiu – prawdopodobnie dlatego, że już sama wiem, że to nie idzie w parze. Ważąc 5 kg więcej i 5 kg mniej byłabym tak samo wartościowym człowiekiem i ta zmiana w ogóle nie wpłynęłaby na moje możliwości fizyczne. Z Tobą prawdopodobnie jest podobnie.
Być może ktoś, kto mnie czyta, myśli sobie, że “no fajnie, że u niej tak się poukładało, ale ja to jestem ekstremalnym przypadkiem i u mnie tak nie będzie”. To jest dokładnie to, co ja myślałam o sobie. Na własne oczy widziałam dziewczyny, które odpuszczają obsesyjny trening i po jakimś czasie schodzi im nie tylko ciśnienie, ale i waga. Byłam przekonana, że doprowadziłam się już do takiego skraju hardkoru, że u mnie to tak nie zadziała. A jednak.
Tylko że nie da się odpuścić na siłę i to jest największy haczyk.
To nie jest wpis poradnikowy, to nie jest wpis o kilogramach. Nie będzie tu puenty ani morału. Ja potrzebowałam wreszcie się utulić, z miłością, z wielkim współczuciem do siebie, bo bardzo mi szkoda, że taka fajna Joanna musiała przez lata przechodzić przez takie rzeczy. Ale czego Ty potrzebujesz? Nie wiem, i mam nadzieję, że nikt nigdy nie będzie Ci niczego w tej kwestii wmawiał, także mówiąc, że chce dla Ciebie dobrze.
Ale wiecie co, niech będzie to jedno tylko na koniec:
NIGDY NIE WIESZ, Z CZYM MIERZY SIĘ DRUGI CZŁOWIEK.
Na dziś wystarczy.