Blog ocalony przez Kamila, który przez lata utrzymywał go na swoim serwerze i robił kopie zapasowe, żeby ta cała twórczość nie przepadła, podobnie jak przepadł mój pierwszy blog – bo nie wiem czy wiecie, że zdarza mi się pisać blog od 2002 roku, czyli odkąd miałam 12 lat.
Czasem sobie myślę, że to wszystko są głupoty niepoważne i nic co ma wskazanie do tego, żeby ujrzeć światło dzienne. A potem trafiam na swoje wpisy czy wideo sprzed 10, 15 lat i myślę sobie, że to są strasznie ważne niepoważne głupoty, bo to jest przecież zapis mojego życia.
Zapisuję to życie od 24 lat! Jedyne i całe jakie mam!
Piękne i trudne chwile, radości i troski, a także rzeczy, o których ciężko byłoby mi nawet opowiedzieć w podcaście, mimo że gadać lubię i umiem. Wiem, że głosem skryłabym się za ironią i żartem, w wielkiej obawie, że komuś mogłoby się zrobić niekomfortowo. Że mogłabym komuś sobą zrobić przykrość.
Wiecie, że przez wiele lat byłam przekonana, że samo patrzenie na mnie sprawia ludziom przykrość?
Ja pierdolę, jakie to jest żenujące, że na przykład zebra rodzi się i zapierdala, a człowiek, niby taki naczelny, potrzebuje kilkunastu, kilkudziesięciu nawet lat, żeby trochę się ogarnąć. Nawet nie mówię że dużo, ale trochę, na przykład tyle, żeby nie mieć takich myśli.
Jak tak patrzę na to swoje żyćko, to z jednej strony za żadne skarby nie chciałabym się cofnąć do bycia nastolatką czy choćby do swoich lat dwudziestych, a z drugiej – mam coraz więcej poczucia, że coś mi przepada, że coraz mniej mi wypada, że powinnam się bardziej dopasować. Rozumiem już, że wielu rzeczy nie rozumiem, wybieram ich nie wybierać, wiem że nie muszę się nawet za bardzo tym przejmować. Mając te swoje 36 lat czuję się prawdopodobnie najbardziej zdrowa, świadoma i szczęśliwa niż wcześniej, a mimo to mam głupie poczucie, że już nie wszystko mi wolno i że powinnam być znacznie poważniejsza niż jestem.
Kto wie, skoro tak dobrze mi idzie zapisywanie swojego życia, to może jak będę miała 60 i 70 lat, to ten blog nadal będzie istniał i sobie to przeczytam i spojrzę na to wszystko… I już wielu z moich Czytelników tu nie będzie, a nowych do starej baby przecież nie przybędzie. Mmm, no właśnie. Nie idźmy tą drogą. Powyobrażajmy sobie coś innego dzisiaj.
Czy na przykład wyobrażacie sobie, że wróciłam do sportu? Będę musiała (ACH TE POWINNOŚCI! Jakoś nam kuleje ten język polski tutaj, a jak napiszę że “planuję” to wcale sobie nie ułatwię życia, bo wciąż mam tendencję do tego, aby szybko stawać się więźniem własnych planów) zaktualizować kalendarz startów w zakładce “Moje starty”, żeby już ta kronika życiowa była pełna, zupełnie nie wiadomo po co i na co.
Ale wiecie co, nad tym sportem naprawdę warto się na chwilę zatrzymać. Kto mnie obserwował za moich czasów sportowych ten wie, że dużo mnie to wszystko kosztowało. Nikt tak do końca nie zdaje sobie z tego sprawy, chyba poza mną z perspektywy czasu, gdy czytam o tych swoich przygodach (błogosławię te pamiętniczki, na serio). Jeszcze parę lat temu łapałam się na tym, że bardzo, bardzo, bardzo łatwo mi jest wpaść w obsesję, gdy tylko w grę wchodzi regularność i jakiegoś rodzaju planowanie. Drugi start w sezonie, mimo że dla zabawy, stawał się już mało zabawny, a w śmiertelnej kontroli. Myślałam już, że nic z tego nie będzie, że ten software w człowieku się nie zaktualizuje, że wszystko albo nic, a na “wszystko” już nie mam siły, nawet nie chcę jej szukać.
A tu niespodzianka! W tym roku naprawdę, tak na sto procent mi się to udało. Wystartowałam w swimrunie, w pływaniu open water, w sztafecie triathlonowej, a w końcu nawet w triathlonie i czuję, że TERAZ CZERPIĘ WSZYSTKO CO NAJLEPSZE ze wszystkich tych lat spędzonych w sporcie. Tak, przez wiele lat trenowałam na kredyt, zapłaciłam za to swoim zdrowiem, dwa lata leczyłam depresję, ale potem okazało się, że poza tym zaciąganiem kredytu coś się odkładało na lokatę. Jestem naprawdę wdzięczna za tę sprawność i za te umiejętności, które we mnie zostały i z których wyciągam teraz za darmo. Wiem, że “za darmo” może brzmieć zuchwale i nieskromnie, ale taka jest prawda: świetnie radzę sobie w trudnych warunkach open water, dobrze nawiguję, współpracuję z falą w słodkiej i słonej wodzie, pamiętam co się robi w strefie zmian i tak dalej. Mogę sobie tak o, dla fabuły, zgłosić się na triathlon, nie robiąc więcej niż jednego treningu, a całą resztę sprawności mieć z lokaty i z tego, że lubię się ruszać, więc wielokrotnie w ciągu tygodnia ubieram to w formy takie, jakie są mi znane i bezpieczne. Ostatnio taki triathlon skończył się dla mnie na podium w kategorii. Nie na pierwszym miejscu, ale to nie szkodzi – mam czystą głowę i całkiem brak mi złości czy wyrzutów sumienia. Kiedyś, gdyby dziewczyny na trasie mnie wyprzedzały, czułabym że zawiodłam samą siebie, że coś przegapiłam w treningu, że brakuje mi waleczności. Dziś, gdy widzę jak mnie mijają, mam w głowie to, że szanuję ich pasję i pracę, a jednocześnie cieszę się, że mogę w tym wszystkim uczestniczyć. Nie czuję żadnego stresu przed startem, nic mnie nie denerwuje podczas zawodów, mam w sobie wyłącznie radość i wdzięczność. Nigdy się nie spodziewałam, że do czegoś takiego dojdzie. “A teraz sam jestem dziadkiem…”
Wiem jednak, że muszę uważać, bo granica pomiędzy czystą radością a oczekiwaniami i presją może być u mnie bardzo cienka. Na dziś myślę, że wystarczyłoby, żebym na przykład wypożyczyła na start rower czasowy zamiast wystartować na swojej zardzewiałej, 10-letniej przełajówce – cała logistyka związana z tym prawdopodobnie sprawiłaby, że zaczęłabym myśleć o starcie w kategoriach rywalizacji i prędkości. Trochę więc jest to wszystko bez oczekiwań, ale jednocześnie z oczekiwaniem, żeby żadnych oczekiwań sobie nie narzucić. Ma to jakiś logiczny sens co piszę?
Jeszcze raz to napiszę: jestem na maksa wdzięczna za te lata w sporcie. Cały czas mnie te aktywności ciągną i fascynują, a dzięki wielkiej pracy, którą wykonywałam, nie mam już poczucia jakiegoś FOMO. Już wiem co “tracę”, nie walcząc o podium w kategorii Open i świadomie wybieram, że to już jest za mną.
Chciałabym teraz to odkrycie z triathlonu zacząć chociaż trochę przekładać na życie, chociaż tak naprawdę, gdy piszę że “chciałabym”, to czuję, że nie jestem do końca szczera i aż mnie, kiedy to piszę, wykręciło i ścisnęło mnie w brzuchu i w szczęce. Kiedyś, już na serio sto lat temu były takie czasy, że rano jechałam na trening pływacki, jeszcze przed treningiem robiłam dodatkową rozgrzewkę, prawie dublując dystans z treningu, a po południu jechałam przez pół Warszawy rowerem na kolejny trening pływacki i wracałam po nocy tym rowerem, i niczego tak bardzo na świecie nie czułam jak tego, że od tego zależy moja wartość i całe jestestwo. Któregoś dnia kolega z tych treningów, na mój głupi, ale szczery tekst, że nie wysypiam się, bo “sen jest dla słabych” odpowiedział mi, że OK, on jest słaby, i mimo że sobie żartowaliśmy, to wybrzmiała z tego taka akceptacja i gotowość, które mnie prawie że przeraziły, bo ja wtedy nie byłam w stanie – w imię tych wyobrażonych ideałów – nie tylko się wyspać, ale nawet zrezygnować z jakichś głupich stu metrów wyobrażenie ważnej rozgrzewki. Sama jestem zdziwiona, jak bardzo mi te słowa zostały w głowie przez tyle lat i jak często to wspominam. Bardzo, bardzo byłam wtedy samotna w swojej głowie i tak sobie myślę, że bez tej gotowości do tego, żeby być słabą nie tylko w sporcie, lecz także w życiu nigdy z tej samotności nie wyjdę.