Nie spodziewałam się

Jestem zdumiona, że udało mi się tutaj zalogować, i że w ogóle przyszło mi to do głowy. Przyszło pod wpływem impulsu, tak strasznie z brzucha i serca, bo chyba wreszcie werbalizują mi się myśli, które od jakiegoś czasu mam w głowie.

Jesteście tu ze mną od 16 lat, a niektórzy z tych, którzy czytali mój poprzedni blog, od… 24. Choć więcej było przerw niż regularnego pisania, to jednak jest tu kawał mojego życia i jeden z moich najważniejszych pamiętników. Dlatego do Was piszę, zostawiając jednocześnie wspomnienie dla samej siebie.

Wiecie co, naprawdę się nie spodziewałam, że spotka mnie w życiu tak nieprawdopodobne szczęście. Nie mogę przejść obok tego obojętnie.

Gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może 
(i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży) 
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak 
(a my w wir w krąg wokoło o tak) 
że można z niczego coś stworzyć 

to coś jest jednością bez celów i przyczyn 
(kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy) 
jednością tak dawną że nową już 
(a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż) 
jest wszystkim czymkolwiek i niczym 

Chciałabym wierzyć, że sobie na to zasłużyłam – ale wcale tak nie jest. Jeśli zasłużyłam sobie na to, co mam teraz – dobrymi uczynkami, uczciwą pracą albo przymiotami osobistymi, to czy zasłużyłam sobie również na to, żeby przechodzić przez wszystkie trudne rzeczy, które mnie w życiu spotykały? A jeśli tak, to czym, czy naprawdę byłam tak złym człowiekiem, jak teraz jestem dobrym?

Czy wyobrażałam sobie, że będę kiedyś w tym miejscu w życiu?

Na pewno nie wtedy, gdy świat w dwa miesiące zabrał mi moją mamę, która chwilę wcześniej zdawała się najszczęśliwsza od dawna. Nie wtedy, kiedy wyczekiwałam na dziadka na korytarzach warszawskiej onkologii. Nie wtedy, kiedy wyszłam z domu z kilkoma walizkami, żeby już nigdy do niego nie wrócić i zacząć wszystko do nowa. Kiedy odkładałam z siatki przy kasie w delikatesach w Sopocie ziemniaki, bo nie starczyło mi na nie moje ostatnie 10 zł z portfela. Też nie wtedy, gdy rozpacz po rozstaniu prawie rozerwała mnie fizycznie na strzępy.

Loteria. Nic nie jest przewidywalne. Tamte lata w ogóle nie mówiły o tym, co będzie teraz. Czy obecne mówią coś o przyszłości?

Nie umiem wziąć tego co mam za pewnik. Czy bardziej się cieszę, czy bardziej się lękam? Czy bardziej odetchnęłam, czy balansuję na linie nad wyobrażoną przepaścią? Czy to wyobraźnia, czy doświadczenie? Wszystko co mam, wszystko kim jestem może mi zostać odebrane w sekundę, bez zapowiedzi, tak jak odbierane jest wielu ludziom na świecie. Jutro może mnie nie być, mnie albo moich Najdroższych. Dach nad głową może strawić pożar, a zdrowie jest bardziej kruche niż faworki. Jak bardzo mam z tego wszystkiego korzystać, żeby się nakorzystać?

Mam w sobie więcej zasobów niż kiedykolwiek wcześniej. Jestem przekonana, że jestem w najlepszym czasie swojego życia. Zdaje się, że układa się ostatni klocek, który miałam do poukładania. Wszystko jest znacznie powyżej oczekiwań.

Jestem uprzywilejowana. Wiem o tym i boję się tego. Być może z tym przywilejem idzie w parze większa odpowiedzialność, niż jestem w stanie udźwignąć? Nie wiem, czy powinnam za to przepraszać. Może to jakaś pożyczka od życia, a jeśli tak, to dlaczego nie dostałam numeru rachunku, żeby już płacić odsetki i nie mieć przykrego zaskoczenia?

Mam w sobie pokorę, szacunek do tego pięknego życia, mnóstwo wdzięczności i mnóstwo, jak zawsze, lęku. On już chyba zawsze ze mną będzie. Może trzeba mu urządzić pokój?

Daj mi, świecie, to zdrowie i ten spokój ducha, i te możliwości, które mam teraz. Daj mi z nich skorzystać tak, jakbym sobie tego życzyła, i dać światu od siebie tyle, ile tylko zdołam.

Daj mi to dawać, proszę, bez końca.