Wzięło i srulnęło, więc zakładam buty opierając głowę o ścianę

Yuuuuup.

Zawsze jak przydarza mi się taki dzień jak dziś i stwierdzam, że warto byłoby naskrobać coś na ten temat – wiem że muszę to zrobić ASAP, a nawet AAAP. Rano jeszcze postanawiam sobie, że pomimo całej fatalizy sytuacji nie dopuszczę do tego, aby ten dzień był niekonstruktywny, nietwórczy i niefajny. Kilka godzin później uświadamiam sobie, że procentowy udziałl oglądania śmiesznych kotów w internecie jest niepokojąco duży, a radośnie sporządzona lista zadań do zrobienia na dziś spoczywa nietknięta, bo na nic z tego nie mam siły, ochoty ani entuzjazmu. A ja wtedy mogę pisać już tylko o tym, jakie wszystko jest szare, smutne i okropne.



Tutaj jeszcze jestem zadowolonym człowiekiem z planami na przyszłość 😛
Kontuzje, bitch.
Czy kontuzje mogą być mądre? Nie wiem, ale na pewno mogą być głupsze niż głupie. W tej kategorii od zawsze jestem przodowniczką. Zaliczyłam już skręcenie kostki, gdy psy pociągnęły mnie na schodach. Skręcenie drugiej kostki, gdy wpadłam w dołek w parku, skracając sobie drogę na przystanek po treningu z psem. Przywaliłam głową w beton, poślizgnąwszy się pod blokiem – znowu dzięki psom. I inne takie (klik). Jednak żeby nie było, że borderom się ze mną źle żyje i knują niecny plan unicestwienia mnie raz na zawsze – bez psów też potrafię, a jakże! Do swoich osiągnięć mogę dopisać między innymi przetrącenie sobie szyi (?) podczas robienia przewrotu w przód na wuefie w szkole (klik, klik).
Wczoraj miałam być na zawodach w Strykowie. Od pewnego czasu męczyłam się mniej lub bardziej z tlącym się bólem po prawej stronie pleców, zachodzącym aż do mięśnia dwugłowego. Podczas pływania i na rowerze było zupełnie OK, ale odzywało się gdy tylko próbowałam coś więcej pobiegać. Z tego względu niewiele ostatnio biegałam i byłam kompletnie nieprzygotowana do tej ostatniej części triathlonu. Co nie mniej ważne, wróciłam już do treningu pływackiego i balansuję na krawędzi totalnego zmęczenia i przeziębiania się z byle powodu.
Nie pojechałam więc do Strykowa, ale przeznaczenie i tak mnie dopadło. Poszłam na trening pływacki jako zdrowy i sprawny człowiek z planem na długi trening na mtb po południu, a wyszłam zgięta w pół, modląc się, żeby fakap nie okazał się superpoważny.
A co właściwie zrobiłam? No, nic takiego. Miałam trening w bardzo kameralnej grupie z najmocniejszymi chłopakami w klubie, co oznacza w praktyce, że drastycznie zawyżałam średnią wieku i obniżałam średnie tempo pokonywania 100m. Na treningach tego typu jedyne co mnie ratuje to całkowita mobilizacja i skupienie na tym co robię, bo umówmy się – nawet jak płyniemy 200m luźno grzbietem, to kiedy ja dopływam do przedostatniej ściany, mijają mnie już w połowie długości. Innymi słowy: spinam poślady, żeby nie odstawać od nich więcej niż muszę.
Wczoraj było mało pływania i dużo wygibasów poza basenem. Wychodziliśmy z wody po każdej 50-tce, robiliśmy pompki, przysiady, wyskoki, po czym wskakiwaliśmy do wody na sygnał i płynęliśmy jedną długość basenu na maksa. Wszystko było w porządku aż do szóstej serii, gdy podczas jednego z pierwszych wyskoków… w sumie to nie wiem co się wydarzyło, ale miałam takie wrażenie, jakby kręgosłup wbił mi się w nerkę. Aż mnie na chwilę przytkało. No i cóż, normalny człowiek pewnie w tym momencie dotoczyłby się do ściany i usiadł, ale nienormalni ludzie skakali dalej. Co prawda na bezdechu, ale skakali. I pływali i robili nawroty i tak dalej. Przecież to już byłby upadek ostateczny, gdybym dopełzła do trenera i powiedziała mu, że nie zrobię ostatniej serii, bo mi się plecy urwały.
Pierwszy raz spróbowałam wyprostować plecy stojąc pod prysznicem w szatni, ale musiałam sobie owinąć głowę ręcznikiem, żeby zagłuszyć ewentualne wycia.
No i w tym momencie skończyła mi się fajna sobota, bo resztę dnia spędziłam próbując znaleźć pozycję w której najmniej mnie boli. Bezskutecznie. Jak położyłam się na brzuchu, to nie mogłam oddychać. Jak na plecach, to myślałam że już nigdy nie wstanę. W końcu wieczorem zorientowałam się, że jak położę się na boku z odpowiednio ułożoną poduszką, to nawet, nawet. Dzień pełen wrażeń, madafaka.
Zawsze w takich sytuacjach jestem potwornie zła i wkurzona, a jednocześnie zadziwiają mnie i wprost rozbawiają ludzkie możliwości do fizycznego radzenia sobie w takich sytuacjach. Gdybyście wczoraj widzieli mnie, jak leżąc na kanapie próbuję sięgnąć po herbatę, to moglibyście dostać śmiechowych konwulsji. Albo jak próbowałam opracować system podniesienia się z podłogi, gdy okazało się, że jestem stuck in the middle i w żadną stronę nie idzie. Mnie to zawsze absolutnie rozbraja, co wczoraj było o tyle kłopotliwe, że jak się śmiałam, to plecy bolały mnie jeszcze mocniej, a to jeszcze bardziej mnie rozbrajało, więc jednocześnie płakałam z bólu i ze śmiechu. Podsumowanie Wojtka wyjaśniło wszystko: “Nie wiem czy dzwonić po pogotowie czy po egzorcystę”. Rzeczywiście mam próg bólu w jakimś dziwnym miejscu i rzadko doskwiera mi to, że coś mnie boli, za to potwornie irytuje mnie, że czegoś nie mogę zrobić albo że zajmuje mi to trzy razy więcej czasu niż zwykle. Nienawidzę czegoś nie móc, nienawidzę jak ktoś musi na mnie czekać. Po kraksie w Suszu przez dwa dni wyjście z samochodu zajmowało mi jakieś dwie minuty, wchodziłam na górę po jednym schodku, schodziłam tyłem i tak dalej. Oczywiście nie dotyczyło to sytuacji, w których miałam do zrobienia coś bezkompromisowo ważnego, na przykład wniesienie trzech walizek naraz na piętro. Bo przecież nie będę chodzić na trzy raty…
No więc się zbierało, zbierało i się uzbierało. Jestem zła, zirytowana i zasmucona, ale sądzę, że to chwilowy error. Dzisiaj już prawie całkiem mogę się wyprostować, więc niewątpliwie zmierza ku dobremu. Jutro od samego rana będę błagać swojego fizjo o przyjęcie mnie w trybie awaryjnym i wcale się nie zdziwię, jeśli wbije mi łokieć w szyję, wykręci mi kręgosłup w lewo i w prawo i niniejszym będzie po problemie. Ostatnio mniej więcej w ten sposób wyleczył mi bolący przez tydzień mięsień strzałkowy… Trener na basenie powiedział mi wczoraj, żebym nie szalała w weekend na rowerze i w biegu, a niedzielę to żebym najlepiej zrobiła sobie wolną. Zupełnie niechcąco jestem kujonem. Nienawidzę być kujonem!!!!!!